True Story Award 2026
Finalist

Izabela Dłużyk, pani od ptaszków

Dlaczego ptaki? Nikt poza owadami nie odzywa się w przyrodzie tak często. Są dobrem i pięknem. 
A nie przez przypadek Dostojewski pisał, że „piękno zbawi świat”

Chodź, pokażę ci coś. Trzeba tylko wejść po schodach. Ja pierwsza. A ty nie zapomnij zatrzasnąć furtki u góry, inaczej Kaszmir czmychnie nam między nogami. Zleci ze schodów i będzie. Kto to? Kot. Niewidomy i z padaczką.
No, jesteśmy. W tym pokoju trzymam sześć nimf. Moje ideały wśród papug. Nie trajkoczą bez przerwy jak faliste. Nie mają ich temperamentu małżeństwa z długoletnim stażem. Nimfy to tacy młodzi zakochani. Prawie bez kłótni, wielka miłość i przytulanie. Gdzie jedna, tam druga. Kruchutkie psychicznie.
Tylko moim trochę daleko do ideału. Większość przygarnęłam z facebookowych grup adopcyjnych dla ptaków. Głównie od pseudohodowców. Trzymają zwierzęta w wolierach na mrozie. Jak się nimi znudzą, grożą: „Jeśli nikt ich nie weźmie, otwieram klatkę i do widzenia”. Więc biorę.
Cytrynka! Jej gwizdu nie da się pomylić. Jeszcze łatwiej rozpoznać ją po nogach. A konkretnie – po ich braku. Brakuje jej też długich lotek u skrzydeł. Co zrobić, nie fruwa. Wciąż jednak niezła z niej gimnastyczka. Zahacza dziobem o poziome pręty z boku klatki i włazi prawie dwa metry w górę. Teraz siedzi na najniższych półkach.
Słyszysz? To już inny gwizd. Nieśmiały. W stylu: „Zaśpiewam, ale nie wiem, co z tego wyniknie”. Na bank Tuptuś. Największy śpiewak z całej szóstki. Całymi dniami eksperymentuje, co nowego można by jeszcze zagwizdać. Nogi ma, ale bez palców. Górne rewiry klatki należą do niego. Dziś jednak słyszę go nieco niżej, bo na drugim piętrze.
Oho, fuknięcia. Zaraz po nich niepewne pogwizdywanie. Wiadomo, Karmelek. Dwudziestoletni staruszek, już nie ta kondycja do latania. Przyjaźni się z Pierniczkiem. Czyszczą się nawzajem. Tylko Karmelek przesadza, bo wyrywa przyjacielowi pióra z głowy. Okupuje najwyższe żerdzie, prawda?
Z Misią jest prościej. Choroby przygważdżają ją do dna klatki. Zatarasowałam jej boczne ściany, inaczej wspięłaby się, spadła, połamała, a swoje już w życiu wycierpiała. Ma na koncie pięć złamań skrzydeł. Grozi jej amputacja jednego z nich. Nogi też ma połamane. Wezmę ją na ręce, na pewno chowa się w prawym rogu. Mam cię! Widzisz, jak oddycha całą sobą? To przez deformacje mostka i kręgosłupa. Skrzydło ma aż pod brodą. Cztery lata, tyle jej daję. Tak zniszczony organizm raczej nie wytrzyma dłużej.
A teraz sama zagwiżdżę. „Uuu-łi-uuu-łi-uuu-łi!”. Nie odzywają się. Chyba się wstydzą. No wreszcie, Pierniczku! Trzy razy musiałam powtarzać, żebyś mi odpowiedział. Siedzi w połowie wysokości klatki, na bawełnianych linach. Nie ma piór na głowie. To sprawka Karmelka, który ogołocił mu czaszkę. Zostaje Kajtek. Nie da się go pomylić. Dawno temu złamał skrzydło, dlatego teraz nie lata. Właśnie skrzeczy z najniższej półki. Wyżej nie umie się wspiąć – w wyniku odmrożenia stracił palce. Jakim cudem poprawnie zlokalizowałam wszystkie papugi? Nie widzę. Ale wciąż słyszę.

*
Przywitałam się ze światem w 1989 roku. O trzynaście tygodni za szybko. Lekarze takich jak ja nazywają bardzo skrajnymi wcześniakami. Dlatego jak najdłużej przetrzymywali mnie w brzuchu mamy. Nie zareagowali na odejście wód. Poród odebrali, dopiero gdy mama powoli traciła przytomność. Ucieszyli się, bo wyglądałam na zdrową.
Prawie rok później rozpoznali jednak retinopatię wcześniaczą. Przez nią naczynia siatkówki moich oczu rozwijały się nieprawidłowo. Groziła mi ślepota. Pozostało leczenie ostatniej szansy – w Stanach. Nie było nas na nie stać. Rodzice założyli zbiórkę. Dzięki zebranym funduszom opłaciliśmy kilka operacji w Bostonie.
Z wyjazdów tam – mimo że miałam dwa, może trzy lata – zapamiętałam między innymi burzę. Przerwała mój spacer z mamą. Wydawało mi się, jakby mówiła do mnie: "Come on!". Musiałam wcześniej często słyszeć ten zwrot, bo trzask pioruna mi się z nim skojarzył. Nie umknęło mi też zmęczenie mamy. Podczas jednego z lotów nie zmrużyła oka. Ja przespałam dwanaście godzin, więc dokazywałam na miejscu. „Nie. Teraz idziemy spać”. Zaprotestowała wieczorem. Rozpłakałam się. W wieku trzech lat po raz pierwszy zderzyłam się z tym, że w życiu nie dostaje się wszystkiego. Wkrótce uświadomili mi to również lekarze. Zniszczenia siatkówki obu oczu sięgały zbyt głęboko. Próbowali jeszcze uspokajać moją mamę, powtarzali: „Pani się nie martwi. W tym wieku wzrok może sam się naprawić”.
Potem rodzice sprawdzali, czy zaczynam widzieć. Pokazywali mi klocek i pytali: „Powiedz, jest jasny?”. Nie rozumiałam. Klocek jak klocek. Od innych różnił się kształtem. Strzelałam z jego barwą. Że nie trafiałam? Nie miałam pojęcia. Chciałam tylko jak najszybciej wrócić do zabawy. Tak stało się jasne, że widzieć nie będę.

*
Z początku myślałam, że robiły tak wszystkie dzieci z mojego przedszkola. Podchodziły do półek i sprawdzały ręką, gdzie leży lalka. Traktowały siebie anonimowo. Przecież w grupie było nas trzydzieścioro. Za dużo, żeby połączyć czyjś głos z imieniem.
To dziwne, ale lubiłam wtedy rysować. Pewnie przez piosenkę „Kolorowe kredki”. Dzieci tak ładnie śpiewały w niej: „...kiedy je poproszę, namalują wszystko to, co chcę!”. Kredki mnie jednak nie słuchały. Zawsze wychodziłam poza linię. Dorośli nie mogli odszyfrować, co albo kogo narysowałam. Nie przejmowałam się. Wiedziałam, że dzieci nie umieją wszystkiego. Dookoła słyszałam, że wszystko w kolorze jest piękne. Czyli na pewno moje prace również! Przecież używałam kredek z całego zestawu. Farby też lubiłam. Głównie przez piosenkę z refrenem: „Pomaluję cały świat, pastelowy pędzi wiatr”. Lepiej radziłam sobie z plasteliną. Bawiłam się nią często jako jedyna, podczas gdy reszta grupy rysowała. Przywykłam.
Rodzice głowili się, jak utorować mi przyszłość. Językami! Przepisali mnie do Przedszkola numer 64 w Gdańsku. Do grupy, której wychowawczyni używała wyłącznie angielskiego. Poznałam nowy język, ale też zasady panujące wśród widzących. Rówieśnicy nie wyciągali rąk przed siebie. Nie obmacywali innych. Nie upewniali się, kto przed nimi stoi. Więc i ja tego nie robiłam.
Ludzie szeptali: „To ta smutna dziewczynka”. Może dlatego, że w wieku sześciu lat obudziła się we mnie dorosłość. Z telewizji dowiedziałam się o wojnie:
– Pomóżmy Czeczenii! – pięciokrotnie apelował prezenter.
– Marek, a czemu ten pan tak mówi? – zwróciłam się do brata.
– Bo ludzie tracą tam domy i nie mają co jeść – wtrąciła się mama. Odmaszerowałam zaskoczona do pokoju. Znów dowiedziałam się, że inni nie mają tak jak ja.
– Czy Bozia nie widzi, jak im źle? – Posmutniałam.

*
Podstawówkę rozpoczęłam od problemu, nie mogłam chodzić do tej samej szkoły co mój brat. Nie chcieli mnie tam przyjąć, bo nie widziałam. Uczniowie w klasie tworzyli grupki. Nie pozwalali mi dołączyć. Nie miałam z nimi dobrego kontaktu. Nie, nie byłam przez nich nękana. Byłam im obojętna. Niektórzy mówią, że to gorsze niż prześladowanie. Chodziłam do klasy integracyjnej. Miałam w niej dzieci z zespołem Downa, z niepełnosprawnością intelektualną, czasem niezrównoważone emocjonalnie. Nie krępowały mnie. Nawet nauczyciele chwalili, że nieźle się z nimi dogadywałam. To doświadczenie, które najbardziej cenię z tej szkoły – brak poczucia zażenowania, gdy zdarzy mi się rozmawiać z kimś nietypowym.
W starszych klasach podstawówki wyznaczaliśmy dyżurnego. Do jego obowiązków należało podlanie kwiatów, starcie tablicy i przeprowadzenie mnie z klasy do klasy. Nie mogłam już poruszać się bez białej laski. Naukę chodzenia z nią zaczęłam w drugiej klasie. Nauczycielka kazała mi ją trzymać jak łyżkę do zupy. W prawej ręce, bo posługiwałam się nią na co dzień. Prawa noga do przodu. Wymach laską w lewo. I odwrotnie. Jeśli kroczyłam bez laski i przy ścianie, przesuwałam po niej dłonią. Inaczej zabiłabym się o otwarte drzwi albo wystającą doniczkę. Ta sama nauczycielka szkoliła mnie z Braille’a. Zajęcia były dodatkowe. Często przed lekcjami, gdy reszta mojej klasy jeszcze spała. Nie przepadałam za nimi. Zawsze się denerwowałam, czy dobrze wykonałam pracę domową. Ale szybko opracowałam sposób na stres. Kładłam się wcześniej spać i krócej myślałam o jutrze.
Pisanie umożliwiała mi tabliczka brajlowska. Między dwie metalowe płytki wkładasz papier, piszesz dłutkiem. Znak w Braille’u to komórka. Może składać się z sześciu punktów, po trzy w kolumnie. Żeby je wyryć, dociskasz dłutkiem w odpowiednim miejscu tabliczki. Piszesz od prawej do lewej. Kropki odczytasz, jeśli wyciągniesz kartkę i odwrócisz ją na drugą stronę. Tam właśnie wybijają się znaki. Czasami od dłutka krwawił mi serdeczny palec. Rok później dostałam brajlowską maszynę do pisania. Miała siedem klawiszy – sześć od liczby punktów w komórce. Każdy odpowiadał jednej kropce. Siódmym robiłam odstęp. Skoro „b” składało się z dwóch kropek, wystarczyło nacisnąć dwa klawisze jednocześnie. Proste, nie?
W czwartej klasie dostałam kartkę z waszymi drukowanymi literami. Były wypukłe. Zapamiętywałam brzuszki, ogonki, kreseczki. Palcami poznawałam cały alfabet. Nie potrafiłam jednak bez odrywania ręki złożyć liter w słowo. „Hieroglify widzących” – wkurzyłam się i porzuciłam naukę.
Komputera nie mogłam używać. Nie był dostosowany do potrzeb osoby niewidzącej. Brakowało mu programu mówiącego. Telewizji prawie nie oglądałam. Zostały mi książki. Słyszałam, że część niewidomych czyta w Braille’u wolno. Ale ja robiłam to od rana do wieczora. Wprawiłam się. Lektury z tego okresu ukształtowały mnie na całe życie. Duże wrażenie zrobiło na mnie zdanie z „Kwiatu paproci” Kraszewskiego, że „nie ma szczęścia dla człowieka, jeżeli się nim dzielić nie może”. Albo z „Awantury o Basię” Makuszyńskiego: „Gorycz bólu i dotkliwość cierpienia tym słodszą nam czynią radość, która się zjawi”.
Pokochałam też baśnie Andersena. Znasz „Matkę”? Głównej bohaterce rozchorowało się malutkie dziecko. Bała się, że ono umrze. Dniem i nocą czuwała przy kołysce. Kiedy w końcu przysnęła, maluszka zabrała śmierć. Matka wybudziła się i ruszyła jej tropem. Na końcu wędrówki znalazła ogródek, uprawiała go porywaczka. Każdy kwiat był zaklętą duszą umierającego człowieka. W krokusie kobieta usłyszała bicie serca swojego dziecka. Już miała go wyrwać. Ale śmierć postawiła warunek. Zaprosiła matkę do studni i pokazała dwie wizje przyszłości. W pierwszej maluch był szczęśliwy. Druga to cierpienie, nędza, rozpacz. Który scenariusz dotyczył jej dziecka? Nie wiadomo. „Wyrwiesz, to się dowiesz” – zapewniła śmierć. Kobieta zrezygnowała. Pogodzona z losem wróciła do domu. Miałam osiem lat, gdy to przeczytałam. Potem coraz rzadziej pytałam: „Dlaczego ja?”.

*
Rok później wprowadziliśmy się do domu na obrzeżach Gdańska. Wybudowali go moi rodzice. Świętowali, bo wreszcie nie musieli płacić czynszu. Dziś wiem, że gdy będę starsza, będę musiała się stąd wyprowadzić. Nie dam rady utrzymać tego domu. Ale dom miał plus – łąki dookoła. Zachwycałam się skowronkami. Śpiewały jeden przez drugiego. Ich trele mnie oczarowywały. Długie, pomieszane z gwizdami, zawsze wysokie, wydawane w pośpiechu albo ekstazie. Traktowałam je prawie jak teofanię. Czyli jakby sam Bóg przez nie przemawiał.
Pierwszym zwierzęciem w naszym domu był króliczek. Sprezentowała mi go mama. To się zdziwiła! Często nie chciałam się z nim bawić. Głaskałam go, dawałam marchewkę, ale żeby coś więcej – to nie. Brat chciał go chyba bardziej niż ja. Kilka lat później dołączyła do nas kotka z ulicy. Z kolei na jedenaste urodziny dostałam jako niespodziankę suczkę owczarka niemieckiego. Drażniła mnie jednak jej psia natura. Ciągłe skakanie, poszturchiwanie wilgotnym nosem, szczekanie. „Ona nie jest moja”. Zszokowałam rodziców. Siebie chyba też, bo w opowiadaniach dla dzieci czytałam, że psy były najlepszymi przyjaciółmi ludzi. Szczególnie wróciła do mnie ludowa bajka "Pies i wilk". Słuchałam jej na kasecie. Była przeróbką gawędy "Przyjacielska pomoc" Janiny Porazińskiej. Najwięcej bólu sprawiała mi piosenka z końca:
„Gdy w twojej chacie jest pies przyjaciel, możesz spokojnie spać.
Pies nie opuści, pies nie dopuści, by coś się miało stać”.
Obwiniałam się. Bo jak to: moje koleżanki błagały o psa, a ja wolałam nasłuchiwać, czy przyleciały już skowronki? „Przecież one nawet nie rozumieją twoich słów. – Mama próbowała przemówić mi do rozsądku. – Nie tulą się. Nie merdają ogonem.
Ale śpiewają! Uczyłam się ich głosu z encyklopedii PWN na CD. Na każdego ptaka przypadało kilka sekund nagrania. Zapomniałam któregoś? Nie mogłam rozróżnić, czy zwrotkę wyśpiewał gil albo kos? Natychmiast odpalałam płytę. Męczyłam jeszcze ciocię. Jedyna z rodziny miała internet. Wchodziłyśmy razem na stronę Wielkiej Internetowej Encyklopedii Multimedialnej. Jak tam było słychać gołębia domowego! Jego „ggru-ch-ggru-ch” nie zakłócał żaden pogłos ani szmer ulicy. Razem z nim umiałam rozpoznawać już około pięćdziesięciu ptaków. Pod choinką znalazłam płytę "Głosy ptaków". To było połączenie nagrań z płyt winylowych biofizyka Borysa Wieprincewa i biologa Freda Jüssiego. Dzięki nim usłyszałam nieznanego paszkota.
Największy z polskich drozdów sporo pogwizdywał. Koncertował od lutego. Brzmiał niczym flet, całkiem podobnie do kosa. Ale nie dawałam się nabrać, bo jego głos łagodniał w zwrotkach. Robił też między nimi krótsze pauzy. Zaraz po nim rozkrzyczą się żurawie – ekscytowałam się podczas odsłuchu. Rodzina? Wzdychała. Wiedzieli, że się nie pomylę. Każdą płytę znałam na pamięć. Nagrania pozwoliły mi identyfikować ptaki dookoła domu. Te popularne: gila, wilgę, piecuszka, kukułkę, słowika rdzawego, sikorkę bogatkę, szczygła, wronę, trznadla, gołębia grzywacza. I nietuzinkowe: czajkę, kuropatwę, przepiórkę, makolągwę.
Zwierzęta były niczym kalendarz. Z końcem marca rozśpiewywał się kopciuszek. W okolicach kwietnia – słowik. W maju i czerwcu wydzierał się derkacz. Ten to dopiero! Jego głos przypominał nakręcanie minutnika do gotowania. Wszystko rejestrowałam na dyktafonie marki Sony. Potem, podczas odsłuchów, zachwycałam się swoimi nagraniami mimo rzężenia i szumów. Wreszcie mogłam zrobić spis ptasich lokatorów łąk. Wynotowałam siedemdziesięciu. Nie wiedziałam, że wkrótce ich stracę.

*
Mokradła, szósta rano. „Co to za świecznik?” – dziwi się kobieta. Żaden świecznik, tylko moje dwa mikrofony. Dla lepszego stereo mocuję je na szynie, 15 centymetrów od siebie. Zazwyczaj zostawiam je w krzakach. Potem odsłuchuję, jakie ptaki wyłapały przez kilka dni. Gdy ludzie dowiadują się, że nagrywam, proponują:
– Może zrobiłabyś dźwiękową mapę Polski? Taką z ptakami.
– Nie mam warunków – odpowiadam. Bo niby jak? Nie pojadę sama na plażę o jedenastej w nocy, żeby nagrać biegusa zmiennego. Nie poradzę sobie na bagnach. Mogłabym zaszantażować rodzinę: „Przecież ja nie widzę!”. Nie chcę jednak wykorzystywać niepełnosprawności. Ani mojej mamy.
I tak jestem jej wdzięczna. Mówisz, że przeze mnie musi znać mnóstwo ptaków. Gdzie tam, nie interesuje się nimi aż tak bardzo. Jednak w maju potrafi wstać o trzeciej nad ranem, kiedy chcę jechać do lasu. Czemu tak wcześnie? Mniej wieje. Jeszcze nie lata tyle owadów. Temperatura jest niższa, dzięki czemu lepiej rozchodzi się dźwięk. O tej porze ptaki wymieniają się porannymi wiadomościami. Kto i gdzie siedzi, czy ktoś został zjedzony.
Kiedyś myślałam, że do usłyszenia tych dźwięków wystarczą uszy. Nic z tych rzeczy. Trzeba jeszcze mieć słuchawki i parabolę. Parabola to zaokrąglona kopułka na mikrofon. Wygląda jak talerz anteny. Nakierowujesz ją na skowronka – ale musisz to zrobić z niezwykłą precyzją – i już jego śpiew dociera do ciebie wyraźniej. Nagrywanie to jednak nie wyścigi. Nie chcę odhaczać coraz to nowszych gatunków. Dlaczego ptaki? Nikt poza owadami nie odzywa się w przyrodzie tak często. Są dobrem i pięknem. A nie przez przypadek Dostojewski pisał, że „piękno zbawi świat”.

*
Nigdy nie widziałam ludzi. Ale oni też mnie nie widzieli. Jako dziecko chwaliłam się swoimi nagraniami na lekcjach. „Tak, tak – przyznawała nauczycielka przyrody – nie możesz tego zaprzepaścić”. W klasie jednak tylko ja wybierałam dziwaczne tematy prezentacji. Ciągle o kaczkach albo o pelikanach. Prawie na nikim nie robiło to wrażenia.
Podobnie jak moja wiedza o innych ptakach, gadach czy owadach. Choć wykraczałam nią poza podręcznik, szóstkę na koniec roku dostali ci, którzy umieli się wykazać, ale nie wyszli poza program. Ta obojętność dała mi do zrozumienia: nagrywasz głupie ptaszki, które nic nie znaczą. Nie wpłyną na twoją edukację ani na życie.
Na szczęście miałam przyjaciółkę, Weronikę. To nie była cukierkowa relacja. Chodziłyśmy do jednej klasy. Weronika płakała, gdy nie chciała czegoś zrobić. Moje nagrania? Nie interesowała się nimi. Czasem w nerwach rzucała: „Idź sobie!”. Ale to przez jej niepełnosprawność intelektualną. Nie obchodziło mnie, że nie mogłyśmy głębiej pogadać. Bo nikt inny nie zrobił dla mnie tyle co ona. W piątej klasie odmówiła przenosin do innej szkoły. Z mojego powodu, rozumiesz?
Rok później ja i moi rodzice odbyliśmy rozmowę z psycholożką dziecięcą. Zawyrokowała, że integracja nie wyszła. Kombinowaliśmy, co dalej. Skoro do tej pory barierą w kontaktach było to, że nie widzę, pewnie i w nowej szkole będzie to problemem. A ja chciałam mieć wreszcie lepsze relacje z rówieśnikami. Wyjście było jedno. Sama zdecydowałam się na gimnazjum dla niewidomych w Laskach. Szkołę prowadziło Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi. Współpracowały z nią siostry zakonne.

*
– Ojej, pisklak! – krzyczy moja mama podczas spaceru w lesie. – Co teraz?
– Zginie, jeśli nie weźmiemy go do domu – oświadczam dumna. Mam dwanaście lat i trochę już znam się na ptakach. Nieszczęśnik to sroczka. Jeszcze bez piór. Zabieramy ją do siebie, umieszczamy na sianku w klatce po króliku, podsuwamy wodę, czasem jakąś muchę. Nie mamy pojęcia, że to za mało. Maluch nic, tylko leży plackiem. Umiera drugiego dnia. Mówi mi o tym mama. Rodzice chowają ptaka beze mnie, o co mam do nich żal. Przecież powinno być jak u Słowackiego:
„A póki okręt walczył, siedziałem na maszcie,
A gdy tonął, z okrętem poszedłem pod wodę...”.
Tamta sroczka przyśniła mi się kiedyś w nocy. Poszłam do niej na strych. Na mój widok pisnęła z wyrzutem: „Czemuś, czemuś o mnie nie dbała?”. Jakie ja musiałam mieć wtedy poczucie winy!

*
„Może jeszcze to przemyślisz?” – zasugerowała mi mama (martwiła ją odległość, gimnazjum mieściło się pod Warszawą, ponad 300 kilometrów od domu). Stanowczo zaprzeczyłam. Przyjechałam tam w niedzielę, tuż przed rozpoczęciem roku. Zdążyłam przed osiemnastą. Jeszcze spotkałam się z grupą, która właśnie wybierała się na mszę. Nagle obstąpiły mnie jakieś dziewczyny. „Jak się nazywasz? Skąd jesteś? Co lubisz robić? Czego słuchasz?”. Zatkało mnie. Pierwszy raz ktoś w podobnym wieku pytał o mnie. Poszłam z nimi na mszę. Potem na kolację w jadalni. Grupy witały nowych. W tym mnie. Znów się zawstydziłam. Przed posiłkiem cała sala huknęła w góralskim stylu (tak to zapamiętałam):
„Pobłogosław Panie z wysokiego nieba.
Hej! Coby na tej ziemi nie zabrakło chleba. Nie zabrakło chleba, nie zabrakło gruli.
Hej! Ani tej miłości do Twojej Matuli”.
Zakwaterowali mnie w internacie, w pokoju z czterema dziewczynami. Przegadałyśmy tej nocy sześć godzin. To one nauczyły mnie reguł w Laskach. Zasada numer jeden: nikt cię nie wyręczy. Największą czujność musisz zachować podczas dyżuru w jadalni. Sama kroisz chleb, wędliny, ser. Przygotowujesz naczynia. Parzysz i przynosisz herbatę trzynastoosobowej grupie. Jeśli nie możesz, szukasz zastępstwa. Poniedziałkowy dyżur w łazience? To dopiero! Wtedy czatujesz na siostrę, która trzyma środki chemiczne. Potem szorowanie podłóg i umywalek.
– Tylko uważaj, bo łazienka składa się z dwóch pomieszczeń.
– A jak poznam płyny do mycia?
– Normalnie. Po kształcie butelki.
Posiłki nakładałam sobie sama. Nałożyłam zbyt dużo? Inni jedli mniej. Ze słodyczami podobnie. Każda grupa miała przydział. Nikt nie lubił, gdy jedna osoba zżerała cukierki całej reszty. Trzeba było pilnować, żeby starczyło dla pozostałych.
Dowiedziałam się, że nie wszyscy nowi radzili sobie z taką odpowiedzialnością. Część wracała do domów. Ja jednak szybko przywykłam. Nie czułam, żeby to był wojskowy rygor. Do obiadu – lekcje. Potem też nauka, ale już samodzielnego życia. Siostra wytłumaczyła mi, jak uprasować spodnie. Najpierw przejeżdżałam żelazkiem z jednej strony, potem z drugiej, odwracałam spodnie i znów to samo. Miałam jeszcze zajęcia z orientacji przestrzennej. Spacerowało się na nich po terenie ośrodka. Albo wyjeżdżało z przewodnikiem do Warszawy. Tam uczyło się wsiadania do autobusów i wysiadania. Jak tylko słyszałam warkot ich silników, skręcało mnie w żołądku. Żaden nie był w środku udźwiękowiony. Skąd miałam wiedzieć, jaki numer podjechał? Mogłabym zaryzykować, jak część niewidomych. Wsiadali i szybko pytali pasażerów, co to za linia. Ale to nie dla mnie. Za duży stres. Podobnie jak spacerowanie z laską po ulicy. Głowę wypełniały mi wtedy same wątpliwości. Czy ta droga była tak wąska? Może miałam wcześniej skręcić w lewo? Chwila, tydzień temu odstawała tu płyta chodnikowa, a dziś jej nie ma! Po trzeciej takiej myśli gubiłam się, gdzie jestem.
Zanim wyjechałam do Lasek, dostałam na urodziny komórkę. Co trzy dni telefon do rodziny. Więcej nie potrzebowałam. Opowiadałam, że dotarłam się z dziewczynami z pokoju. Żadna nie wyśmiewała mojej pasji. Jeśli odpalałam płytę z odgłosami ptaków, były ciekawe, który tym razem śpiewa. W szkole poziom był taki sam jak w mojej podstawówce. Angielski? Tutaj siostry zorganizowały mi indywidualne lekcje.
– Obserwuję cię od dłuższego czasu. Rozwinęłaś się – powiedziała jedna z nich. Może dlatego, że czułam się potrzebna. Już się nie bałam, gdy zależałam od kogoś. Nie myślałam o sobie jak o problemie. Nauczyłam się prosić. Coraz mniej się dziwiłam, że ktoś mnie lubi. Gorzej z przyszłością w Laskach. Po gimnazjum czekało mnie tu technikum masażu albo pracownia dziewiarska, gdzie robiłabym szaliki, swetry. Więc przed końcem roku ogłosiłam: „Wracam!”.

*
Słyszałeś znikanie przyrody? Po przyjeździe z Lasek wyszłam na taras domu. Chciałam nagrać darcie się moich ptasich sąsiadów. Nadstawiłam ucha. Potem jeszcze raz. Żadnego „tiu-tiu-tiu” skowronka. Ani wielokrotnie powtarzanego świergotu „twi-twi” makolągwy. To może chociaż „wit-wit” jaskółek dymówek? Cisza. „Ptaki zniknęły – westchnęła mama. – Łąki też”. No tak, za lasem ktoś by jeszcze się wstawił. Za mokradłami też. Ale łąka? Zwykły nieużytek. Lepiej zastąpić go placem zabaw, parkingiem, trawą z rolki, świeżo posadzonymi drzewkami i fundamentami nowych domów. Tym właśnie zniszczyli moją okolicę. Wtedy obiecałam coś sobie. Jak dorosnę, nagram "Tam, gdzie śpiewały skowronki". Płytę z siedemdziesięcioma ptakami, które straciłam. Na końcu dodam minutę ciszy.

*
Część ornitologów spiera się, który słowik w Polsce śpiewa ładniej. Szary? Czy może rdzawy? Profesor Jan Sokołowski w swojej książce "Ptaki ziem polskich" doceniał obu wirtuozów. Pierwszego za „dobry instrument”. Drugiego za „większy talent i lepszą szkołę”. Doktor Andrzej Kruszewicz – ornitolog, szef warszawskiego zoo, autor "Ptaków Polski" – bardziej komplementuje szarego. Też mam swojego faworyta. Tylko poczekaj, uruchomię komputer. Chwila, głośniki. Bez nich nie mogłabym go obsługiwać. Gdy otwieram folder, syntezator odczytuje jego nazwę. Po angielsku, bo tak szybciej. Za szybko? To dlatego, że ustawiłam go na przyspieszenie.
O, wreszcie mam nagranie ze słowikiem rdzawym. Zauważyłeś, że podczas śpiewu wyrzuca z siebie pospieszną kaskadę dźwięków? A teraz mój ulubieniec – słowik szary. Uchwyciłam go nad Biebrzą. Sylabizuje wolniej od poprzednika. Robi dłuższe pauzy. Na końcu popisuje się jeszcze zgrzytliwą sekwencją. Podczas nagrywania trzeba pamiętać o pewnej rzeczy. Melodie tego samego gatunku różnią się na przestrzeni lat. Ptaki uczą się od siebie. Przekazują sobie dźwięki. Dlatego śpiew dzisiejszego słowika z Białowieży odbiega od śpiewu jego pradziadka. One mają też dialekty. Słowik szary brzmi inaczej w Polsce, inaczej w Rosji. Czekaj, puszczę ci nagrania obu. Jak je rozróżniam? Dzięki frazom, których używają. Nie wyłapałeś tego?

*
W domu wkurzał mnie czasem brat. Zwłaszcza bałagan, który zostawiał. „Trzy lata w Laskach i nauczyłbyś się porządku!” – wytrząsałam się.
Po gimnazjum wybrałam V Liceum Ogólnokształcące w Gdańsku. Klasa humanistyczna, trzydzieści cztery osoby. Nie pchałam się do biol-chemu. Nie mogłabym przecież pracować jako ornitolożka czy zoolożka. Potrzebowałabym wtedy nie tylko uszu, ale też oczu. Zwierzęta trzeba obserwować.
Na autobus do szkoły odprowadzała mnie babcia. Pomagała wsiąść. Sama jechałam, sama wracałam. W klasie byłam traktowana zwyczajnie. I dobrze. Nauczyciele nie znali Braille’a. Nieraz zapominali wyjaśnić, co zapisują na tablicy. Nie miałam żadnego podręcznika w Braille’u. Zwykłe książki umieszczałam w skanerze. Najpierw rozpoznawał litery. Potem tworzył plik tekstowy, który można było wgrać do syntezatora mowy. Szkoda tylko, że czasem skaner pomijał tekst. To przez obrazki, które go rozbijały. Nie pisałam już na maszynie brajlowskiej. Zastąpiłam ją notatnikiem. Różnił się wyłącznie tym, że był elektroniczny. Z lekcji wyciągałam tyle, ile usłyszałam. Jeśli nie wiedziałam, jak zanotować silnię, pisałam ją słownie. O rzeczy bardziej skomplikowane podpytywałam rówieśników z ławki. Ale rzadko.
„Czy ty nie odczuwasz potrzeby komunikacji?” – zdziwił się kiedyś kolega. Odczuwałam. Tylko o czym miałam gadać? Nie interesowały mnie dyskusje koleżanek o makijażu czy ciuchach. Ja z tych niemalujących się, a ubrania wybierała mi mama. Trochę ją nawet drażniło, że były mi obojętne. Na przerwach nie miałam wielu okazji, żeby z kimś porozmawiać. Większość krążyła po korytarzach. Ja się bałam. Szkoła mała, ale bardzo zatłoczona. Mnóstwo plecaków na podłodze. Do tego nigdzie nie było tabliczek z Braille’em. Nie poradziłabym sobie tu nawet z laską. Wolałam kwitnąć pod salą. „Zjawisko egzotyczne” – mówiłam o sobie.
Większość uczniów i nauczycieli nie miała do tej pory styczności z niewidomą. Ale przynajmniej zapamiętywali moje imię. Nie oburzałam się, gdy na pożegnanie rzucali: „Do zobaczenia!”. Odpowiadałam tym samym. Nawet mamie relacjonowałam, że w szkole widziałam się z tym i tym. Przecież nie powiem, że ich słyszałam.
– Opowiem ci żart o ślepej grzybiarce – zagadnęła mnie kiedyś koleżanka. I chyba się zapomniała. – Szła sobie przez las. Skoro nie widziała, wszystko, co znalazła, pakowała do ust. „O, prawdziwek!” – zachwyciła się pierwszym grzybem. Potem to samo z kurką i podgrzybkiem. Na końcu znalazła kupę. Posmakowała i ucieszyła się: „Dobrze, że w nią nie wdepnęłam!” – spuentowała. Nie, nie obraziłam się.
Maturę napisałam w Braille’u. W osobnej sali, z osobną komisją. Najbardziej zależało mi na angielskim. Planowałam go studiować. Na ustnym rozszerzeniu nie opisywałam obrazków. Zamiast tego słuchałam nagrania. Na jego podstawie miałam opowiedzieć o szkodliwości palenia. Prościzna. Prosto jednak nie było już na pisemnym. Angielski odbierałam zawsze uchem, nie okiem. Czasami myliło mi się, w których słowach pisze się podwójne litery, a w których nie. Gubiłam przez to punkty. Osiemdziesiąt cztery procent z rozszerzenia – na tyle zdałam angielski. Pomyślałam, że nie ma tragedii. Ale na anglistykę to jednak za mało. Nie było mnie na liście przyjętych na studia.

*
Słowik szary i wilga brzmią najpiękniej. Ale moje serce należy do papug. Szczególnie do nimf. Pierwszą, czyli Dziubka, kupiłam w liceum. Kolejne adoptowałam. Dlaczego papugi? Bo to nie tylko dziobanie ziarenek. To też wielka towarzyskość i trwałe relacje. Większość łączy się w pary na całe życie. Sprzedasz jedną, zasmucisz obie. Z tęsknoty zaczną wydzierać się za sobą albo zamilkną. Nimfy traktują tak często opiekunów. Pamiętam, jak kiedyś związał się ze mną samiec. Wcześniej nie miał kontaktu z innymi ptakami. Śpiewał na mój widok. Tak bardzo chciał, żebym go pogłaskała. Nie przestał gwizdać nawet wtedy, gdy dołączyły do niego inne nimfy.
„Nie miałam pojęcia, że papugi są tak skomplikowane” – skwitowała moja mama. A ja interesowałam się nimi już od gimnazjum. Wtedy odnalazłam na YouTubie klip z południowoamerykańską muzyką. Jakość fatalna, ale w tle nagrania delikatnie szczebiotały papugi. Coś fascynującego! Zaczęłam czytać o ptakach Amazonii. Dowiedziałam się, że rzeki w dżungli przyciągają setki papug. Obsiadają klify dookoła nich i wydziobują glinę bogatą w sód. Największe wrażenie zrobiło na mnie ich zerwanie się do lotu. Jakby w jednej chwili rozbrzmiewała burza, rozbryzgiwały się fale morza i dmuchał silny wiatr. Po usłyszeniu tego złapałam za telefon. Wykręciłam do kuzynki.
– Pojadę do Peru! Nagram papugi!
– Ale wiesz, że to daleko?
– Wiem. Od dziś zbieram pieniądze. Wyrobię się do emerytury.
Kuzynka w śmiech. Rozłączyłam się. Nastolatki to mają jednak szalone pomysły.

*
„Zawaliłaś! Mogłaś jeszcze raz przeczytać wszystkie materiały. Trzeba było je przepisać. Ale nie. Uznałaś, że wystarczy”. To moje myśli, gdy ogłoszono przyjętych na studia. Rozumiem, że mogłam nie być pierwsza. Ale żeby trzecia na liście rezerwowej? Widocznie się nie nadawałam. Po kilku dniach przyszła jednak wiadomość: „Witamy na filologii angielskiej Uniwersytetu Gdańskiego!”. Troje ludzi przede mną zrezygnowało.
Domyślnie wpisano mnie na specjalizację nauczycielską. „Jak ja, niewidoma, mam uczyć innych?”. Przeraziłam się. Ostatecznie wylądowałam w grupie translatorycznej. Szkoliłam się z przekładu. Dostawałam pierwsze dorywcze prace, a na trzecim roku pół etatu w biurze tłumaczeń. Odkładałam na pierwszy profesjonalny mikrofon. Zajmowałam się tłumaczeniami pism prawniczych, instrukcji obsługi różnych urządzeń. Książki przyrodnicze? Daj spokój. Podstawówka nauczyła mnie jednego: ptaki to nie sposób na życie. „Po magisterce idę na doktorat” – dobiła mnie potem koleżanka ze studiów. Pochwaliłam pomysł. Pomyślałam, że inteligentni wszędzie sobie poradzą. Mnie pozostawało do końca życia tłumaczyć instrukcje.
Po uczelni poruszałam się najczęściej z pomocą psa przewodnika. Mimo wahań, zdecydowałam się na niego po pierwszym roku. Luka była labradorem. Dbałam o nią, bawiłam się z nią, szczególnie upodobała sobie przeciąganie liny. Ale nasza współpraca – ze względu na moje relacje z psami – odbywała się na bazie intelektu, nie uczuć. Choć chodziłam z Luką, wciąż musiałam zachowywać orientację. Pomagał mi w tym dźwięk. Inaczej brzmiała sala, inaczej korytarze. Kiedy wchodziłam do pomieszczenia, echo podpowiadało mi jego wielkość. Skąd wiedziałam, ile zakrętów dzieliło mnie od sali historii literatury angielskiej? Pamięć kinestetyczna. Dzięki niej nie zastanawiasz się, gdy wpisujesz kod do domofonu.
W moim życiu wszystko, co ważne, zaczynało się od dźwięku. Na drugim roku usłyszałam w telewizji program „Mam talent”. Uczestnicy śpiewali po rosyjsku Katiuszę. Wciągnęło mnie. Nie znałam języka, ale rozumiałam co nieco. Zaczęłam szperać w internecie. Odkryłam kolejne piosenki. Zaciekawił mnie rosyjski folklor. Zwłaszcza biały śpiew. No i bajan – instrument podobny do akordeonu. Na początku kryłam się z tym. W moim domu Rosjanie to byli ci od rozbiorów i Katynia. Dziadek, stoczniowiec, krzyczał kiedyś: „Precz z komuną!”. Ale któregoś dnia wymknęło mi się i nagle zanuciłam: „Ach, ty stiep szirooookaaaja...”. Czyli przepadłam. Nie było co zwlekać. Ogłosiłam bliskim, że po magisterce zaczynam rusycystykę. „Co?! Ale wiesz, jak my, Polacy, lubimy się z tym narodem?”. Oburzyli się. Był jednak problem. Nie znałam rosyjskiego alfabetu.

*
O, kos za oknem! Ewidentnie się wystraszył. Skąd pewność? Po wybuchowej, gwałtownej kaskadzie, która trochę opadła na końcu. Rozróżniam około trzystu europejskich ptaków. Nie tylko po śpiewie. Również po odgłosach w locie, a czasem nawet po dźwiękach pisklaków. Najprościej jest w lesie. Zamieszkują go ptaki o stałych repertuarach. Na przykład rudzik, zięba, drozd śpiewak czy kapturka. Dźwięki komplikują się nad wodą, gdzie żyją ptaki z rzędu siewkowych. To już wyższa szkoła jazdy. Nie tak prosto odróżnić kwokacza od brodźca pławnego. Wydają proste dźwięki, przez co różnice między nimi nie są tak spektakularne jak u ptaków śpiewających. W dodatku ptaki siewkowe różnicują sygnały. Nawołują raz ciszej, raz głośniej. W jednej chwili ich głos przybiera łagodną barwę. Kilka sekund później wybucha od emocji. Subtelności tych dźwięków mają znaczenie. Jak między ludźmi. „Lubię cię” można przecież powiedzieć na kilka sposobów.
Są jednak rzeczy, których nie potrafię wyjaśnić. Zwierzęta nie popełniają samobójstw, prawda? Ale czytałam książkę o bioakustyce rosyjskiego profesora ornitologii Władimira Morozowa. Opowiadał o bocianach, którym ktoś podrzucił kacze jajo. Kiedy ptaki się zorientowały, samica poderwała się do lotu, złożyła skrzydła i rozbiła o ziemię. Z kolei niemiecki etolog Vitus Bernward Dröscher wspominał w swojej książce "Reguła przetrwania" o parze drozdów śpiewaków z własnego ogrodu. Ich spokój zakłócił inny samiec. Koncertował tak, że samica opuściła dawnego partnera i przeprowadziła się do niego. Niby nic dziwnego. Drozdy co roku zmieniają partnerów. Ale porzucony ptak nie przestawał śpiewać. W końcu ochrypł i zmarł. Prawdopodobnie ze stresu, bo nie znaleziono u niego żadnych obrażeń. A podobno zwierzęta nie mają uczuć.

*
Nie czekałam do obrony. Na ostatnim roku magisterki zostałam studentką rusycystyki. Czułam się tam jak u siebie. Wreszcie uczyłam się tego, czego chciałam. Na długo przed rekrutacją złożyłam zamówienie w bibliotece w Warszawie. Ściągnęłam trzy tomy dla niewidomych do nauki rosyjskiego. Tylko że mój skaner nie skanował brajlowskich kropek. Sprawę skomplikował też elektroniczny notatnik. Nie obsługiwał cyrylicy. Zaparłam się. Tak mi zależało, że wypożyczyłam z uczelni inny notatnik. W wakacje przepisałam do niego ręcznie wszystkie książki. Słowo po słowie. Przynajmniej nie miałam potem problemu z ortografią. Trafiłam do grupy dla początkujących, ale co nieco już wiedziałam. Wykładowczyni zwolniła mnie nawet z egzaminu z praktycznej nauki języka. Na drugim roku byłam już w grupie zaawansowanej.
W międzyczasie zostałam magistrem filologii angielskiej. A kiedy miałam pisać magisterkę z rosyjskiej, wybrałam temat: "Baśnie magiczne w kontekście tradycyjnych wartości rosyjskiej kultury ludowej".
– Ile ich pani przeanalizowała?
– Sto dwadzieścia.
– Jeszcze nie mieliśmy kogoś, kto tak znał swoją pracę. Może poszerzyłaby ją pani na doktoracie? – usłyszałam na obronie.
– Zastanowię się – palnęłam. No co, zszokowali mnie. W domu powiedziałam mamie, że chyba coś im się pogorszyło. Za kilka dni planowałam nawet dyplomatycznie odmówić promotorce. Ale ubiegła mnie. Zadzwoniła dwa dni po obronie. Kazała się spieszyć. Powiedziała, że jeśli jeszcze dziś złożę papiery, może wciągną mnie na listę.
No i wciągnęli. Nawet poszło mi na rozmowie kwalifikacyjnej. Na pierwszych zajęciach z dydaktyki akademickiej usłyszałam: „Jesteście elitą intelektualną. Jako naukowcy macie obowiązek poszukiwać prawdy”. Ja już swoją odkryłam. Gdyby mnie wywalili, wszystkim wyszłoby to na dobre.

*
W 2016 roku dowiedziałam się o Rainforest Expeditions. To badawczo-ekoturystyczna firma z Peru. Filmowała ary, oprowadzała wycieczki po dżungli w rejonie Madre de Dios, w rezerwacie Tambopata, przy gliniastych klifach rzeki o tej samej nazwie. Dokładnie tam, gdzie sobie wymarzyłam. Mniej więcej w tym czasie firma rozpoczęła zbiórkę na film dokumentalny o badaniach nad arami. „Może i ja założę swoją?” – ośmielili mnie. Najpierw skontaktowałam się z nimi. Obiecali zająć się mną na miejscu. A także moim bratem, bez którego bym sobie nie poradziła. Tylko ten strach... Bałam się, jak ludzie zareagują na moją zbiórkę. Dzieci potrzebowały na leczenie nowotworów. A tu ja ze swoją fanaberią – papugami.
Na początku kwietnia 2017 roku źle się poczułam. Ból w klatce piersiowej, nagłe nadciśnienie, tętno 140. Myślałam, że to zawał. Ale kolejnego dnia zero objawów. Jakbym obudziła się z inną głową. Teraz albo nigdy – postanowiłam, czas utworzyć zbiórkę.
Komentarze internautów? Mnóstwo pozytywnych. Były jednak i takie: „Niewidoma żeruje na ludziach”, „Zbiera na wakacje”, „Pewnie nie pracuje”. Pracowałam, ale nie wspomniałam o tym w opisie zbiórki. Z biura tłumaczeń niczego bym nie odłożyła. Przez pięć lat odłożyłam 5 tysięcy złotych na mikrofon. Żeby się uwiarygodnić, nagrywałam filmiki. Prezentowałam swój sprzęt do nagrywania, własne materiały, nawet papugi. Odezwałam się do wszystkich ptasiarzy, których nagrań słuchałam. Wysłałam im link do zbiórki. „Nie musicie wpłacać – prosiłam – wystarczy udostępnienie”. Tak uzbierałam 10 800 złotych. Dużo? Starczało na loty. A trzeba było jeszcze opłacić firmę z Peru. Dałam im znać o zbiórce. Jednak tylko informacyjnie, nie chciałam zniżek. Napisali mi kilka dni później: „Mieliśmy naradę. Zajmiemy się tobą i twoim bratem. Za darmo”. Powodów nie podali.
Odezwał się do mnie jeszcze właściciel wydawnictwa muzycznego „LOM” ze Słowacji. Stworzył kolekcję koszulek z podobizną dziewczyny nagrywającej jakiegoś ptaka. Przypadkowo trafił na moją zbiórkę. Gdy zobaczył w niej moje zdjęcie, napisał: „To ty jesteś dziewczyną z koszulki!”. Później przelał mi cały dochód z jej sprzedaży. Czyli 500 dolarów.
Tambopata to obszar chroniony. Monitoruje go ministerstwo środowiska. Przed wylotem musiałam wysłać urzędnikom z Peru zdjęcia swoich mikrofonów. Wytłumaczyć, co chcę z nimi robić. Po przylocie zaskoczenie. Czekało nas jeszcze pięć godzin łódką do bazy w dżungli. Na pokładzie: ja, mój brat Marek, przedstawiciele Rainforest, ale też urzędnik resortu.
Podczas rejsu urządził egzamin.
– Co to leci?
– Ara.
– Ale jaka?
– Zielonoskrzydła – odparłam bez wahania, a on przytaknął. W pytaniu była pułapka. Peru to dom trzech gatunków dużych ar (istnieją jeszcze małe). Zielonoskrzydłej, żółtoskrzydłej i ararauny. Dla niewprawionych brzmiały tak samo. Ale ja jak to ja. Przed wylotem kupiłam dwadzieścia płyt o ptakach Amazonii. Dźwięki i ciekawostki o siedemdziesięciu z nich wkułam na pamięć. Stąd wiedziałam, że ara o zielonych skrzydłach miała najmniej chrypki z całej trójki i najmniej wyraźną głoskę „r”.
Nasi opiekunowie zapomnieli o jednym. Moim światem były dźwięki, nie obraz. Ostrzegli, żebym w obozie nie wystawiała mikrofonu na zewnątrz. Inaczej zmiotłaby go ulewa. Chcieli ułatwić mi nagrywanie. Pozbyli się ściany od strony lasu w pomieszczeniu, w którym spaliśmy. Dzięki temu nie musiałam wychodzić na zewnątrz. Wystarczyło postawić mikrofon przy balustradzie i po sprawie. No to postawiłam.
„Hłu-hłu-hłu-hłu”. Jako pierwszy odezwał się puchaczyk żółtobrzuchy. Jego pohukiwanie brzmiało niczym wymachiwanie kijem. Cichło na końcowej sylabie. „Grrru-grrru” – zawtórował kolejny puchaczyk. Tym razem czubaty. Szykował się piękny materiał. Zasnęłam. Rano odsłuchałam nagranie. Najgłośniejszy na nim okazał się Marek i jego chrapanie. A także ja i moje chrząkanie, bo się przeziębiłam. Na szczęście na nagrywanie dżungli miałam cały tydzień.
Podczas jednego z trekkingów natknęliśmy się na stadko pekari białobrodych. Takie dziki, ale mniejsze niż nasze. Nieagresywne, choć nie radziłabym się przy nich ruszać. Akurat żerowały i chrząkały. Zaciekawiło mnie ich szczękanie kłami. Jakby strzelało drewno w kominku. Ostrożnie wyciągnęłam mikrofon. Aż tu nagle: „Łuuu-uu! Łooo-aaaa!”. Nad nami zagulgotał wyjec rudy. W życiu nie powiedziałabym, że małpa może wydawać takie dźwięki. Jego ryki przypominały wrzaski orków z "Władcy Pierścieni". Niskie, dudniące, długie. Wręcz atonalne, czyli bez jakiejkolwiek harmonii. To jedno z najgłośniejszych zwierząt świata. Jego głos przecina dżunglę na kilka kilometrów. Kto wie, czy drugi raz w życiu będę miała szansę go nagrać z tak bliska. Zamarłam. Ale z racji przeziębienia zebrało mi się na kaszel. Zatkałam usta. Trzymałam, trzymałam, już prawie wygrałam. I jak mi się wymsknęło! Aż trysnęły mi łzy z oczu. Wyjec jednak się nie przejął.
Dziś wiem, że dziewięć dni to za mało na las deszczowy. Dwa z nich spędziłam w łódce, aby dotrzeć do bazy i ją opuścić. Przed podróżą obawiałam się, czy dżungla nie przytłoczy mnie swoim brzmieniem. Niepotrzebnie. Okazała się nieskomplikowana dźwiękowo. Zgoda, dużo w niej gwizdów, szelestów, pohukiwań, kumkań czy rechotów. Ale to proste odgłosy. Melodia większości tamtejszych ptaków ograniczała się do kilku tonów. Gdzie im do naszej kapturki czy gajówki, które wyśpiewują całe wyrafinowane zwrotki. Jednak to wynikało ze specyfiki lasu deszczowego – liście tamtejszych drzew mają inną budowę. Złożone sekwencje dźwięków po prostu źle by się rozchodziły.
W dżungli zastanawiało mnie tylko jedno. Nad gliniastymi klifami delektowałam się skrzeczeniem ar. Słuchałam też ekscytacji ludzi dookoła, że ich upierzenie takie zielonkawe, czerwone, czasem wpadające w pomarańczowe. Czy gdybym zobaczyła te kolory, nadal bym się nimi tak zachwycała?

*
Wydało się, że prowadzę podwójne życie. Między ptakami a doktoratem. Dowiedziała się o nim jedna z wykładowczyń. Przeczytała artykuły, które po Peru pisali o mnie dziennikarze. Naopowiadałam tam, że chcę wrócić do dżungli, by badać ary. Wykładowczyni zrelacjonowała to mojej promotorce. A ta odezwała się do mnie wkrótce. Powiedziała, że nie ma co się ograniczać do bajek. Skoro u mnie taka miłość do ptaków, zaproponowała połączenie obu tematów. Czyli pracę o symbolizmie dźwięków ptaków w literaturze dziecięcej: brytyjskiej, rosyjskiej, hiszpańskiej i polskiej. Znałam wszystkie te języki. Miałam więc przeanalizować, jak interpretujemy ptasie melodie. Ale też, jakie nadajemy im znaczenie. Bo kiedyś wierzono, że ptaki mówią do nas. Nie powiem, wzruszyłam się. Podstawówka nauczyła mnie, że dźwięki przyrody mało kogo obchodzą. Tak samo jak osoby, które je nagrywają. Jednocześnie wystraszyłam się, bo o symbolizmie prawie nie było materiałów.
Przewertowałam wszystkie. Wyszła mi praca na 300 stron i 525 pozycji bibliograficznych. Odkryłam, że niektóre kultury słyszały w śpiewie jaskółki dymówki: „Kręci nici, kręci wici, pojedziemy ooorrraaać”. Skowronkowi przypisaliśmy wyrazy z biciem. Gdy wzlatywał, podobno rozkazywał: „Bij się, panie, bij, bo mam kij”. Gdy obniżał lot: „Nie bij, panie, nie bij, bo mi upadł kij”. A pójdźka? Pierwszy raz usłyszałam ją na kasecie. Miałam wtedy trzynaście lat. I zero wątpliwości, skąd jej nazwa. „Pójdź, pójdź!” – nawoływała z wygłosem w górę. W kulturze ludowej uważano ją za zwiastunkę śmierci. Bo słyszeliśmy w jej pohukiwaniach: „Pójdź, pójdź w dołek pod kościołek”. Olśniło mnie w rozdziale o walorach dźwiękowych poezji dla dzieci. Analizowałam do niego kołysanki. Prawie w każdej było „luli, luli”. Te słowa nie wzięły się znikąd. No, wymów literę „l”. Bije z niej łagodność, prawda? Tak jak ze śpiewu lerki. Ma głos delikatny niczym flet. Sprawia nam przyjemność, bo właśnie pełno w nim „l”.
Doktorat zajął mi sześć lat. Dwa razy przedłużałam termin oddania pracy. Gdy ją złożyłam, w recenzjach nie miałam ani jednej uwagi. Obroniłam się w listopadzie 2023 roku.

*
Ponad trzydzieści lat sądziłam: „Nie masz światu nic szczególnego do zaoferowania”. Ale świat miał chyba inne zdanie. Zostałam lektorką angielskiego. Zaczęłam uczyć w Centrum Języków Obcych Uniwersytetu Gdańskiego. W Australii wydali trzy albumy z moimi nagraniami. Tyle samo na Słowacji. W Polsce wyszły dwa. Nie chodziło mi o samorozwój. Chciałam tylko dzielić się swoimi nagraniami. Wpadłam na pomysł, żeby dotrzeć z nimi do hospicjów, domów opieki, szpitali dziecięcych i psychiatrycznych, fundacji dla chorych onkologicznie. Może dźwięki przyrody pomogłyby ich podopiecznym i pacjentom zadbać o własne emocje? Chciałabym już z tym ruszyć. Ale nie wiem, jak zorganizować to na większą skalę.
Brytyjskie radio BBC nagrało audycję, w której oprowadzam jego dziennikarkę i zaprzyjaźnionego operatora filmowego po dźwiękach Białowieży. Stacja uznała mnie za jedną ze stu najbardziej wpływowych kobiet świata 2023 roku. Tuż obok Michelle Obamy. Ironia, prawda? Wpływowa, ale nie do końca samodzielna. Dlatego zaplanowałam swoją przyszłość. Jeśli zniedołężnieję na starość albo przestanę sobie radzić, najprawdopodobniej wrócę do Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Tym razem do Żułowa, gdzie działa dom pomocy społecznej dla niewidomych kobiet. Spotkam tam niektóre koleżanki z gimnazjum. Umrę wśród nich. Pogodzona i spokojna. Bo ja, Izabela Dłużyk, już teraz dostałam i osiągnęłam w życiu więcej, niż zakładałam.

Imię szkolnej przyjaciółki zostało zmienione.